W mieście nie różniącym się niczym od innych, gdzie główną atrakcją jest krzywy rynek, deszcz zacina poziomo, a wiatr kłuje w skórę i oczy, trudno zorientować się gdzie jestem. Ciężko także cokolwiek znaleźć.
Głównie dlatego, że nic tu nie ma. Podobno pod całym miastem rozciąga się sieć lochów i kazamat, ale nikt nie ma tam wstępu. Dziwne, lekko powykrzywiane typki stojące pod monopolowym, których pytam, gdzie jest restauracja X, po wskazaniu drogi i wzięciu za to symbolicznej opłaty, zapewniają mnie, że "jakby co, to my tu zawsze jesteśmy!" Trudno nie uwierzyć.
Po rynku pochylonym pod ostrym kątem, hula jedynie jeszcze ostrzejszy wiatr i zacina jeszcze ostrzejszy deszcz. Nie ma na nim żywej duszy. Szarość jest tak przenikająca, że aż zęby bolą.
W jej głębi pojawia się znikąd jeden maruder. I mozolnie, wspina się niepewnym i chwiejnym krokiem w górę przystając co jakiś czas na ledwo utrzymujących go nogach, pochylając się mocno do przodu dla równowagi i krzycząc z całych sił jedyne słowo, które przychodzi na myśl w takich chwilach
Siedzę w restauracji i patrze na to wszystko zza szyby. Jem kotleta. Jestem w Polsce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz