środa, 11 września 2013

W mieście nie różniącym się niczym od innych, gdzie główną atrakcją jest krzywy rynek, deszcz zacina poziomo, a wiatr kłuje w skórę i oczy, trudno zorientować się gdzie jestem. Ciężko także cokolwiek znaleźć.

Głównie dlatego, że nic tu nie ma. Podobno pod całym miastem rozciąga się sieć lochów i kazamat, ale nikt nie ma tam wstępu. Dziwne, lekko powykrzywiane typki stojące pod monopolowym, których pytam, gdzie jest restauracja X, po wskazaniu drogi i wzięciu za to symbolicznej opłaty, zapewniają mnie, że "jakby co, to my tu zawsze jesteśmy!" Trudno nie uwierzyć.

Po rynku pochylonym pod ostrym kątem, hula jedynie jeszcze ostrzejszy wiatr i zacina jeszcze ostrzejszy deszcz. Nie ma na nim żywej duszy. Szarość jest tak przenikająca, że aż zęby bolą.

W jej głębi pojawia się znikąd jeden maruder. I mozolnie, wspina się niepewnym i chwiejnym krokiem w górę przystając co jakiś czas na ledwo utrzymujących go nogach, pochylając się mocno do przodu dla równowagi i krzycząc z całych sił jedyne słowo, które przychodzi na myśl w takich chwilach

Siedzę w restauracji i patrze na to wszystko zza szyby. Jem kotleta. Jestem w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz