niedziela, 29 września 2013

Niewidziane na własne oczy, ale w towarzystwie od lat krąży jako swojska legenda, tak więc ostatnio mi się przypomniało.

Pewien mój serdeczny przyjaciel, jak każdy rodak, który chce zostać w pełni ukształtowanym polakiem, wyjechał kształtować się poza granicę naszego pięknego kraju.

A że poza kształtowaniem, kształceniem i całą tą powagą, miało być też zabawnie, padło na kraj tulipanów.

Przyjaciel siedział tam jakiś czas i mimo zdobywania nowych przyjaciół, tęsknił za starymi. Starzy przyjaciele trochę tęsknili za nim, a trochę chcieli się wyrwać pooglądać tulipany i inne rośliny a nie w kółko tylko buraki i kartofle.

Ale rodacy zagranicą, to nadal rodacy. Nie pozbawieni trzeźwości oceny i trafnych spostrzeżeń, srodzy recenzenci otaczającej ich rzeczywistości.

Przyjechawszy w odwiedziny, przeszli niezwłocznie do korzystania z uroków kraju, w którym 80% nazwisk piłkarzy brzmi, jakby byli wielkimi artystami minionych epok.

Odwiedziwszy podstawową i najważniejszą atrakcję Holandii, w odpowiednim nastroju, zachowawszy priorytety, można było wybrać się do muzeów. Pierwsze na liście było to poświęcone Van Gogh'owi.

Obchodzą więc muzeum, poświęcając pracom mistrza tyle czasu, na ile według nich zasłużyły. Cała wycieczka albo dłuży się niemiłosiernie, albo jest to zaskakujące zakrzywienie czasoprzestrzeni muzeum. W końcu docierają przed jedno z większych dzieł malarza, będące jednocześnie jedną z głównych atrakcji muzeum. Obraz, do którego co roku pielgrzymują setki miłośników sztuki, ludzi, którzy chcą się mieć czym pochwalić w towarzystwie, zabłysnąć, wykazać znawstwem z kategorii "widziałem na własne oczy" co, jak wiadomo, jest gwarantem nieomylności obserwującego.

Stoją tak i kontemplują. Po ich minach widać, że wyrok już zapadł. Pełną napięcia i skupienia ciszę, przerywa najodważniejszy z nich.

- Matejko to to nie jest.

środa, 25 września 2013

WW

Staram się prowadzić zdrowy tryb życia. Z lepszym bądź gorszym skutkiem wprawdzie, ale staram się. I dzień jak co dzień (nooo... może nie każdy) wyszedłem dziś pobiegać.

W tym momencie mógłbym robić przydługawy wstęp, w którym to zachwyt nad idealną pogodą tego dnia przeplatałby się z historiami zasłyszanymi w urywkach od mijanych ludzi, czy też takich samoistnie układających się w mojej głowie na ich widok. Jak wiadomo, bieganie, to zasadniczo zajebiście nudna czynności i zamiast skupiać się na bólu łydki, czy wyrzutach pokroju "Kurwa mogłem tyle nie palić", ogólnie rzecz biorąc NA SOBIE, dobrze jest się skupić na innych. To pomaga. Przynajmniej w bieganiu.

Ale tutaj nie będę tego robić, bo to nie ma sensu. Nie skupię się nawet zanadto na opisywaniu dziewczyny, która z niewiadomej przyczyny, gdyż trudno nazwać bieganą przeze mnie trasę choćby czymś w okolicach okręgu - j
est to raczej figura bliżej bardzo pijanej, rzygającej wręcz pod siebie ósemki - mijała mnie kilkakrotnie i chcąc nie chcąc, skupiła na sobie moją uwagę.

A było czym skupiać. To nawet nie ta szarość i ten róż sprawiły, że ona biegała i chciała być fit. Ta szarość i róż albo może błękit i czerń, sam nie wiem, były fit, bo były na niej. Gdyby kręcono w końcu fabularyzowaną wersję Wonder Women, ta dziewczyna powinna dostać rolę tytułową. Burza czarnych włosów, które ledwo udało się związać w kitę, opalizujące niebieskie oczy, a do tego mięśnie z kamienia i ścięgna ze stali. Każdy jej kolejny, wprawiający je w napięcie krok o tym świadczył. Wyglądała jak prawdziwa amazonka, jak tytanka, jak spełnienie marzeń prawie każdego mężczyzny który nie boi się wyzwań.

Ale nie będę się nad tym rozwodził i robił nieskończonych opisów przeplatanych zręcznymi metaforami i trafnymi alegoriami. Nie będę tego robić, bo po pierwsze nie umiem, a po drugie, gdy Wonder Woman mijała mnie po raz chyba czwarty, potknęła się. Potknęła się i wyjebała, na równej drodze jak ostatnia fajtłapa.

I tylko jedno zdanie doszło moich uszu, gdy biegłem dalej;


-Ała, kurwa! moje cyce!

wtorek, 24 września 2013

Z

Siedzę więc sobie w chyba jeszcze w miarę modnej knajpie i czekam na lekko spóźnione spotkanie. 

Przez gwar licznych rozmów przebija się jedna. Nie jest nad wyraz głośna, nie chodzi też o jakiś szczególny tembr głosu mówiących. To co wyróżnia ją spośród wszystkich innych prowadzonych w lokalu, a dochodzących do moich uszu jest czymś innym. Znam ludzi, którzy określili by tę cechę jako "głupota". Znam ich wielu. Na moje szczęście.

Grupę rozbawionych, z której dociera do mnie owa rozmowa, stanowi kilka osób. Podwinięte rękawy od marynarek jak i nogawki u spodni, odsłaniające pozbawione skarpetek stopy wciśnięte w niezbyt chyba wygodne buty. Modne kapelusiki na głowach i pierwszy wąs nad wargami. Zabawno-ironiczne t-shirty z modnymi hasłami, których nie znam bądź wolałbym nie znać. Połyskująca na rękach i szyjach pseudo biżuteria z HM'u.

Modni, anty-mainstreamowi, nie oglądający TVNu, brzydzący się Polsatem. Zbuntowani i oburzeni na wszystko, co nie jest po ich myśli. Odważnie patrzący przed siebie, znający swą wartość. Kwiat polskiej młodzieży. Przyszłość narodu. "Mięso tylko ze Szwecji sprowadzam", "nie kupuje w Biedronce", "Myślę nad łączonymi studiami z sinologii i ekonomii", "Ostatnio zrobiłam sobie maraton Passoliniego", "Kumka Olik to nowe Myslovitz".

Wtem pada wypowiedź, trochę jakby wyjęta z kontekstu;

- Ja, to tylko arabów nie znoszę.

Chociaż nie dostrzegam w tych słowach niczego zabawnego, reakcją towarzystwa jest wybuch radości. Śmieją się wszyscy poza jedną, trochę strapioną dziewczyną w typie wymuszonego kopciuszka.

- Ale dlaczego? - pyta kopciuszek.

- Bo widzisz, mieszkam pod takimi jedynymi. I oni nigdy ani "dzień dobry" ani "be" ani "me" i tylko kebabem od nich wali. Ale nie zrozum mnie źle, pode mną mieszkają Chińczycy, i chociaż wali od nich równie mocno, to do nich nic nie mam.

Kopciuszek wydaje się być jeszcze bardziej zdezorientowany niż wcześniej. Ja zresztą również. Pyta więc ponownie;

- Ale dlaczego?

Chłopak prycha, jakby odpowiedź była więcej niż oczywista.

- Bo ci, to przynajmniej czasem flaszkę przyniosą.

niedziela, 22 września 2013

X

Zdobycz Robotnicza to miłe dla oka i przyjazne dla mieszkańca założenia urbanistyczne. Narożna kamienica przy skrzyżowania Efraima Schroegera z Stanisława Przybyszewskiego, choć trochę starsza i niewybudowana wraz resztą osiedla, nie została w jego planie zignorowana.

Skrzyżowanie, przy którym mieściła się kamienica, lekko zaokrąglone, przez co bliżej mu było formą do placu, zaprojektowane zostało tak, by komfort mieszkańców otaczających go budynków był jak największy. Osiągnięto to między innymi choćby poprzez zapewnienie im pełnej prywatności. Wysoki parter każdej z kamienic oraz odległości pomiędzy tymi, uniemożliwiały zarówno mieszkańcom tychże, jak i przypadkowym przechodniom, naruszenie sekretów domowych ognisk.

Nie wiem czy taki był plan, czy był to zwykły przypadek ale okna za którymi znajdowało się lokum zajmowane przeze mnie, w ciągu dnia odbijały światło w sposób, który uniemożliwiał komukolwiek stojącemu na zewnątrz dojrzenie, co dzieje się w środku. Zasada ta, o czym oczywiście nie zawsze pamiętałem, nie działała naturalnie w nocy.

Lubiłem swóje mieszkanie, mimo jego umiejscowienia na parterze. Wprawdzie ten mankament okazał się być kompletnie bez znaczenia w momencie, w którym stojący pod moim oknem o 4 w nocy, miejscowi dżentelmeni pod wpływem, poproszeni kulturalnie o przeniesienie się gdziekolwiek bądź, dokonali transferu spod okna nad nie, gdyż balkon ich ulubionej meliny znajdował się piętro wyżej.

Lubiłem też swój przyduży pokój z zielonymi ścianami, mimo że dzięki urokowi kamienicy z lat trzydziestych ubiegłego wieku, co wieczór, przed położeniem się spać, w jednym klapku, z drugim w ręku, robiłem obchód pomieszczenia w celu bezdusznej eksterminacji nieproszonych lokatorów. Przeprowadzenie całej operacji zajmowało od 20 do nawet 45 minut, co daje mniej więcej obraz skali problemu. Mimo tego i kurewskiego zimna, jakie ciągnęło przez podłogę od piwnicy, zdecydowanie lubiłem to miejsce. Zarówno mieszkanie, jak i całą okolicę.

Zima trwała już w najlepsze, ale, mimo dających temu wyraz temperatur, aura była raczej nieciekawa. Coroczna. No chujowa no.

Tego wieczora, jakoś w połowie grudnia, zaczął padać pierwszy śnieg, przykrywając wszystko nietkniętą z uwagi na późną porę perzyną. Biało się od tego chujstwa zrobiło jak w reklamie Rafaello.

W swoim przydużym pokoju, między zielonymi ścianami, pośród pająków, siedząc przy swoim małym biureczku, poświęcałem kolejny wieczór z rzędu na niezwykle odpowiedzialne i istotne zadanie. Pierdolenie bzdur na fejsie.

Na środek opustoszałego, pokrytego perłowym dywanem skrzyżowania, z kamienicy naprzeciwko wyłonił się jegomość, odziany od dołu do góry, w świeżutki i bielutki, niczym śnieg, po którym szedł, dres. Przypominał niedźwiedzia polarnego. Także posturą. Ów mężczyzna trochę dotoczył a trochę doślizgał się na sam środek skrzyżowania, opuścił nieco spodnie i zaczął zabarwiać śnieg. Drzwi budynku, z którego wyszedł, pilnował drugi, równie łysy i również uprany w Perwolu, który z pewnością nosił przy sobie, dżentelmen. Jedną ręką trzymał drzwi, a drugą przystawiał do ust flaszkę, pociągając z niej soczyście co jakiś czas.

Zraszający ulicę dżentelmen, w pewnym momencie dostrzegł mnie. Mnie, w moim przydużym pokoju, między zielonymi ścianami, pośród pająków, siedzącego przy moim małym biureczku, pierdolącego bzdety na fejsie. Przyglądałem mu się w stanie kompletnego osłupienia pomieszanego z otumanieniem, a on kontynuował wykonywaną czynność patrząc się prosto w moje oczy.

Trwało to chwilę, po czym jednym, szybkim ruchem ręki zamknąłem żaluzje. Po krótkiej chwili zastanowienia, stwierdziłem, że to jednak może być za mało i zgasiłem światło.

Tej nocy spałem z pająkami.

czwartek, 19 września 2013

Tryptyk Stacyjny cz. 2,5

Zima na osiedlu Zdobycz Robotnicza na Starych Bielanach ma swój niezaprzeczalny urok który może zawdzięczać dość niespotykanym w mieście ciszy i spokojowi.
Zima na osiedlu Zdobycz Robotnicza na Starych Bielanach nie różni się pod tym względem od jakiejkolwiek innej pory roku. 

Cisza i spokój, nasilone dodatkowo przez obecną podczas tych zdarzeń noc, przerwane zostały dziwnym chichotem pomieszanym z wrzaskiem i zadyszką. Bo oto dwóch kompanów biegnie przez okolicę i niezdrowo się śmieje. Pierwszy śnieg dopiero co zaczął prószyć więc niestabilność kroku sygnalizuje możliwość upojenia alkoholowego.

Radość biegnących jest równie głośna co zaskakująca. Gdyż oto, przy bliskich zeru temperaturach, obaj osobnicy przemieszczają się będąc odzianymi jedynie w wygodne bawełniane dresy, i niezapięte koszule. Jeden z nich chyba ma na nogach klapki. Na pewno Kuboty. Każdy prawdziwy Polak zamiast się cieszyć, w takich okolicznościach przyrody, zwykł raczej zwyczajnie i po bożemu kurwić.

Dla pełnego obrazu opowieści, należy chyba wspomnieć o jednym, być może bez znaczenia fakcie. W dwójce owych rozradowanych wieczorną porą sportowców znajdował się autor.

Cel wycieczki mógł być tylko jeden. Oddalona o niecałe 500 metrów od miejsca startu stacja benzynowa, nie na darmo zresztą posiadająca szyld "BLISKA".

Gdy ku konsternacji i uprzejmemu zainteresowaniu zarówno całkiem licznej jak na późną porę klienteli, jak i obsługi stacji, zaopatrzenie zostało opłacone i umieszczone w kieszeniach spodni, nadal niezdrowo i niezrozumiale podekscytowani biegacze, rozpoczęli sprint powrotny. Trudniejszy od pierwszego okrążenia, gdyż szybko okazało się, że biegnie z pełnymi kieszeniami nie należy do rzeczy łatwych i przyjemnych. Na szczęście są na tym świecie rzeczy ważniejsze niż nasze przyjemności czy wygoda. Są też ludzie potrafiący zdrowo i przytomnie ocenić i określić priorytety. Ta dwójka z pewnością do grona owych zacnych i godnych szacunku obywateli należała.

Zauważyła to - i doceniła niewątpliwie - para towarzyszących im podczas biegu z poziomu radiowozu policjantów. Ich uprzejme odmalowane zdziwieniem na twarzach zainteresowanie, towarzyszyło nam przez około 100 metrów przebytych, przyznajmy to szczerze, w tempie dalekim od wyników olimpijskich. Koniec konsternacji pary mundurowych i podjęcie przez nich męskiej decyzji zasygnalizował nam dźwięk koguta i głos z megafonu;

- Proszę się zatrzymać!

Nikt nie szukał zwady, a i jak mama uczyła: jak ktoś o coś prosi, to nieuprzejmie jest to ignorować. No i ten megafon...

Ponieważ prośba władzy została spełniona, władza mogła przystąpić do procedury przesłuchania już bez narzędzia tortur w postaci megafonu.

- Gdzie Panowie tak biegną?!


- Bo po piwko! - pamiętaliśmy z filmów, że bardzo istotne podczas przesłuchań jest trzymanie się jednej, spójnej wersji zdarzeń.

- Ale jak widzę piwko już jest. - To nie były przelewki. Nie trafiliśmy na zwykły patrol a na prawdziwych detektywów. Goście mieli głowy na karku i zdecydowanie wiedzieli co jest grane. - No więc? Gdzie Panowie tak biegną?

Nie było sensu kręcić i kłamać. W kontaktach z władzą najważniejsza jest szczerość. Powiedzieliśmy więc całą prawdę.

- Bo z piwkiem!



środa, 18 września 2013

W kraju kwitnącego ziemniaka, jak co każde dwa miesiące, nastąpiła pora deszczowa.

W takie dni, to tylko papierochy i kawa, na zmianę z wódką, a w radiu Rezerwat. A żyć trzeba. Przynajmniej tak mówią. Ale oni do kawy dosypują solpadeinę, więc trudno im wierzyć na słowo.

Czas w domu mija na bezmyślnym patrzeniu w monitor. Czas w pracy, na bezmyślnym patrzeniu w okno. Patrzenie w monitor mogłoby zostać niesłusznie odebrane jako chęć do zrobienia czegokolwiek.

Jeśli ktoś wejdzie pod gorący prysznic, przepadnie na zawsze.

Cały naród powraca do stanu smutnego otumanienia, pieczołowicie pielęgnowanego za pomocą wysokoprocentowych środków zaradczych, a z którego udaje mu się wyrwać kilka razy do roku na okresy krótsze niż dłuższe. Wyrwać, oczywiście nie z owego na siłę niejednokrotnie podtrzymywanego otumanienia, co raczej przyjąć, dla odmiany, w formie pozytywnej, choć dostarczanej poprzez te same środki.

Ulicą Marymoncką, poza samochodami, płynie też woda. Przy arterii, sprawiający przytłaczające wrażenie, budynek z szarej cegły, która przez lata niemycia przybrała kolor bliższy w wyrazie pogodzie. Gówniany. Wciśnięty na działce niebezpiecznie blisko ulicy, sąsiedztwo ma najgorsze z możliwych - szpital. Pomiędzy szyldami idealnie zgranych biznesów, zakładu pogrzebowego (Pełen zakres usług) i Gabinetem Pomocy Psychologicznej, małe okute w kraty okienko. Za tym okienkiem, pochylony mężczyzna w wieku późno średnim, pieczołowicie przygląda się czemuś zza okularów. Bada i sprawdza. Majstruje i kombinuje. Bardzo się przykłada do tego co robi, cokolwiek to jest.

Mężczyzna odchyla się by dać ulgę plecom, a ja w końcu zauważam wiszący za nim szyld. Świat wydaje się teraz chociaż trochę mniej beznadziejny.

"Klinika Zabawek"

wtorek, 17 września 2013

Tryptyk stacyjny cz. II

Kiedy w dzień taki jak choćby dzisiejszy - dzień który można by określić niezliczoną ilością przymiotników, a żaden z nich nie będzie miał pozytywnego wydźwięku, wchodzi się z rana na stację benzynową, to z góry wiadomo czego można się spodziewać.

To nie jest obraz nędzy i rozpaczy. To zupełna, łamiąca serca i wypalająca oczy beznadzieja.

Zaspani pracownicy którzy dopiero co przyszli do pracy, wraz z pracownikami niedospanymi którzy jeszcze z niej nie wyszli, uwijają się jak w ukropie aby obsłużyć tłum nie ogarniający rzeczywistości, w równym stopniu jak oni sami, z dokładnie tych samych przyczyn. A wszystko to odbywa się jakoś obrzydliwie i dołująco wolno.

Kas jest sześć. Działają dwie. Działałyby trzy, ale ktoś musi obsługiwać dystrybutory z gazem. Kolejka prawie już zakręca za drzwi i posuwa się - pardon - niespecjalnie szybko.

I kiedy ja spokojnie czekam na swoją kolej, która zdaje się nigdy nie nadejść, i zastanawiam się, na chuj Ci wszyscy ludzie tutaj, dociera do mnie ciężki do zidentyfikowania z uwagi na porę dnia, kłujący dźwięk. Dźwięk który jak wszystko o tej porze dnia, czego mój mózg nie zakwalifikuje jako zagrażającego bezpieczeństwu, ignoruje.

A ludzi na stacji nie ubywa. Bo przecież wiadomo, że zatankować najlepiej rano. Tak samo jak kupić piwo TATRA. 7:40 rano w środę to idealna pora. 


Studzę swoje wrogie nastawianie poprzez zadanie sobie samemu prostego pytania: a na chuj ja tutaj? Odpowiedź jest jednak jeszcze bardziej frustrująca; Bo to Żerań. Żerań, na którym nie ma w promieniu kilometra żadnego innego punktu, w którym mógłbym dokonać zakupu napoju energetycznego, czy też innej kawy, w celu w ogóle podjęcia próby kontynuowania jeszcze na dobre nierozpoczętego dnia.

Jak co rano więc, w celu wprawienia się w odpowiedni nastrój przed pracą, zastanawiam się nad beznadzieją swojego położenia, zerkając tylko od czasu do czasu łakomie na lodówkę marki KINDER z różnymi rzeczami które mówią do mnie bardzo głośno "CZEŚĆ" i "CO SŁYCHAĆ?". Ale udaje że trzymam fason i niczego nie słyszę. Chociaż w środku już płaczę, klęczę i zjadam niezliczoną liczbę węglowodanów. A przecież nawet nie przekroczyłem jeszcze progu biura.

Nagle, dość niespodziewanie, znajduje się u kasy i przed moimi oczami pojawia się otyła pani po 30stce z ufarbowanymi na czarno włosami, a wyraz jej twarzy to żal i rozpacz. A ja nawet wiem dlaczego. Na jej głowie znajduje się czapka z napisem "KONTROLA ŚNIADANIOWA". Daszka czapki nawet nie zakrzywiła. Z prostym daszkiem czapki w szkole nosiły tylko największe fajtłapy. I jest mi momentalnie jeszcze bardziej przykro i źle. Już nie tylko z mojego własnego powodu i faktu, że znowu, kolejne 8 godzin bezproduktywności mnie czeka, ale teraz także z powodu tej pani. Z powodu wszystkich tych ludzi tutaj. Z powodu świata. A jednocześnie, gdzieś tam w najciemniejszych odmętach mojego umysłu, kiełkuje radość. Radość, że mimo iż i ja, i kobieta za ladą to taki sam prekariat, to nie ja muszę nosić tą durną czapkę.

Ledwo otwieram usta i zanim jeszcze zdążę poprosić o to po co przyszedłem, czy też złożyć kondolencję, sam nie wiem, słyszę tą wypowiedzianą z możliwą do uzyskania jedynie dzięki latom pracy na stacji benzynowej flegmą:

- Stać. Zmuszona jestem Pana poinformować, że aktualnie przeprowadzamy kontrolę śniadaniową. Nikt nie może opuścić naszej stacji głodnym. Czy zechce Pan więc skorzystać z naszej specjalnej oferty na paliwo... na dobry początek dnia czyli na śniadanie. W menu mamy wypiekane na miejscu świeże bagietki z serem, szynką i pomidorem, z kiełbasą krakowską i ogórkiem konserwowym oraz z serami żółtym, ziołowym i ogórkiem, kanapki z jajkiem sadzonym, bekonem i żółtym serem, kanapki trójkątne z pastą z kurczaka, serem i szynką albo serem i salami, a dla zwolenników śniadań na słodko chrupiące rogaliki z nadzieniem czekoladowym, malinowym, migdałowym i maślanym. Dla tych, co lubią śniadanie konkretne – chrupiąca kiełbasa z bułką i warzywami. I oczywiście aromatyczna, świeżo mielona kawa, bez której nie może się obejść żadne śniadanie.

Po czym dość niespodziewanie nacisnęła coś co wydało dźwięk mający udawać policyjną syrenę i nie na żarty mnie przestraszyło.


Podziękowałem i poprosiłem o swój probiotyk pod postacią pół litrowej puszki z niebieską literką M. Zapewniłem panią jeszcze kilkakrotnie, że tak, że to na pewno wystarczy i owszem dziękuje, nie skorzystam. Nie, punkty payback też nie, ani żadne inne programy lojalnościowe. Tak. Na pewno. Dziękuje. Serio serio.

Zza drzwi znajdujących się odrobinę na lewo za sprzedawczynią wychylił się nagle Pan w firmowym krawacie i konspiracyjnym szeptem, tak aby wszyscy słyszeli, powiedział:
- Bardzo dobrze Jola! Tak trzymaj!

W dzień taki jak ten, każdy chce umrzeć. Tylko nie Twój szef.

poniedziałek, 16 września 2013

DRAMAT BEZ MORAŁU W JEDNYM AKCIE

Bohaterowie: Ja, Trzech Podejrzanych Typków (tm), Gołąb Stefan.

Czas: Samo południe, w samym środku tygodnia.

Miejsce akcji: Żerań.

I na tym ostatnim punkcie można by w sumie zakończyć cały dramat, gdyż punkt ten mówi wszystko. Sygnalizuje nie tylko co się stanie, ale też jak. Punkt ten wyjaśnia wszystko. Jest on tekstem samym w sobie. Ale ja nie będę szedł na łatwiznę. Nigdy nie idę.

<Okolice stacji benzynowej i skrzyżowania Konwaliowej z Klembowską - jakież urokliwe nazwy dla tak przesiąkniętej beznadzieją okolicy! Chwiejnym krokiem poruszam się niezbyt utartą ścieżką w kierunku spoczynku biurkowego aka miejsca pracy. Drogę zachodzi mi podstępnie gołąb>


Gołąb Stefan: Grr grr!
Ja: Słucham?
Gołąb Stefan: Gru gru?
Ja: Tak chyba lepiej...


<TO PUŁAPKA! Stefan był przynętą mającą odwrócić moją uwagę. Podczas mojego niepotrzebnego wdania się w dyskusje z przebiegłym ptaszyskiem, Trzech Podejrzanych Typków (tm) naruszyło moją strefę intymną. Strefę Czucia Się Dobrze W Takiej Odległości. Strefę porządku publiczno-społecznego. Strefę czucia swądu. I ten swąd zdradził przybyszy. Podobnie jak zrobiły to ich buty w zasięgu mojego opuszczonego wzroku.>


Ja: Czymś mogę pomóc szanownym Panom? - Zacząłem. Podobno atak jest najlepszą obroną.
Trzech Podejrzanych Typków <chór>: Kólego, co my będziemy Cię okłamywać. Wyszlim dopiero co z Białołęki. Dzisiaj. Dziś dzień. Tu się jednak nie da. Nie idzie żyć.
Ja <mocno skonfundowany, czujący napływającą wilgoć w okolicach rozporka>: Tak?
TPT: Tak. Właśnie. Więc mielibyśmy do Ciebie dobry człowieku prośbę.
Ja: Tak?
TPT: Tak. Widzisz kólego. Musimy popełnić jakieś przestępstwo. No... przynajmniej wykroczenie. Bo inaczej się nie da. No nie idzie żyć. Rozumiesz.
Ja <wziąwszy się w garść i przejmując inicjatywę>: Rozumiem. Co powiecie w takim razie na - jak wiadomo, zakazane prawem i obyczajem, spożywanie napojów wyskokowych w terenie otwartym, zwanym także plenerem?


Krzyk, czy też jęk, ekscytacji całej kompanii zwiastował sukces przybranej taktyki. 

Ja: Tak też myślałem 
<zaglądam do portfela, lekko się przestraszywszy ogromu pustki który ujrzałem> 
Ja: Czy VOLT panów zadowoli?

Odgłos jakby zadowolenia, wdzięczności i uznania, wyrażony w jednej przeciągłej samogłosce, ponownie rozległ się po okolicy. Jestem uratowany.


Białołęka już czeka. Żerań żegna. KURTYNA!

sobota, 14 września 2013

Feniks

Dworzec Zachodni w Warszawie. Najbardziej wschodnie miejsce stolicy. W jego obrębie - bar "Feniks". Jestem pewien, że niejeden powstał rano z popiołów dzięki temu miejscu.
Feniks oferował kuchnie polską. W dodatku, przynajmniej jak zapewniał banner nad wejściem, "smacznie i tanio". Z pewnością trudno się było oprzeć. Mi się jednak jakoś udało.

Sprzeczności ekonomiczne są zawsze obecne i, co więcej, determinujące. Tak też okazało się być w tym konkretnym miejscu i czasie. Tyle że nie zawsze są one obecne we własnej stricte osobie. Czasem potrzebują kilku ciał. Polityka natomiast zawsze polega - i zawsze będzie polegać - na budowaniu sojuszy i mozolnym wiązaniu ze sobą różnych postaw i roszczeń lub, jak to powiedział kiedyś ktoś bardzo mądry, choć z lekkim zapędem do niepotrzebnego dramatyzmu (jak zresztą wszyscy Francuzi): "Samotna godzina ostatniej instancji nie wybija nigdy - ani na początku, ani na końcu drogi".

Mogło się też tak zdarzyć w tej sytuacji. Było to nawet wysoce prawdopodobne. Załamanie mojej prywatnej rzeczywistości, tego czule i długo pielęgnowanego izolatu cząstki świadomości układającej się na obraz świata, nastąpiło jednak na samym końcu. Do owego momentu wszystko było jak należy. Po bożemu.

Restauracyjny ogródek okupowało trzech dżentelmenów. Wyglądali na Bogdana, Bohdana i Staszka. Wszyscy razem i każdy z osobna. Ewentualnie można było ich również wziąć za Zbyszka, Janusza i Mirka. Z pewnością za to nie byli Lucjanem, Ignacym i Franciszkiem. Dyskusja, którą prowadzili w przerwach między łykami piwa i odpalaniem jednego papierosa od drugiego, była stonowana, rzeczowa i kulturalna. Bez zbędnych zdań czy nic nie wnoszących opinii oraz wyłącznie z taką ilością słów na "k" jakiej wymagał tego aktualnie poruszany temat. Niezależnie od niego jednak, z ust jednego z rozmówców, zawsze w kwiecistej otoczce metafor i analogii, sprowadzonych do niezwykle pomysłowych zastosowań słów na "j", "k" i "z", przewijało się imię Marzena. Panowie szanowali swój czas oraz, z pewnością, siebie nawzajem, skoro postanowili go spędzić w swoim towarzystwie. Pozostałą dwójkę musiał więc irytować fakt poświęcania owego czasu w tak dużym stopniu osobie nieobecnej.

Ów najbardziej rozgadany jegomość w pewnym momencie wstał, a moim oczom ukazał się tak zwany sweter klasyczny. Skromna kolorystyka za to ułożona w iście barokowe wzory. Wyraźnie był to przedstawiciel najświetniejszego okresu w historii polskiej mody. Coś jakby Wczesny Jaruzelski. Do tego, swetra nierozłączny kompan: spodnie z sztruksu koloru złocisty brąz. Mężczyzna najwyraźniej gdzieś się wybierał. Pociągnął ostatni łyk piwa, odpalił od jednego z kompanów ostatniego papierosa, wsiadł do auta i odjechał.

Tu nastąpiło załamanie. Załamanie nie tylko mojego własnego postrzegania świata, ale i rzeczywistości jako takiej. Świat powinien trząść się w posadach. Ja sam przynajmniej dostałem drgawek. Szok był tak duży, że z początku w ogóle nie byłem świadom tego, co się stało. Dotarło do mnie, dopiero gdy po kilkunastu minutach auto ponownie podjechało pod bar Feniks, a facet darł się trochę na przywiezioną towarzyszkę, trochę tak w przestrzeń, ogólnie;

- To to jest właśnie, kurwa, Marzena! Pojebana jest! MIAŁAŚ. KURWA. STAĆ. POD. MARIOTTEM. MÓWIŁEM. CI. KURWO. Odróżniasz Ty Mariott od Złotych Tarasów?!?! Wiesz co to jest Mariott w ogóle?!?!

Wtedy trybik zaskoczył. Oczy się otworzyły. Nic się już nie liczyło. Nic nigdy nie będzie takie samo.

To była Toyota.

Prius.

Hybrid.

piątek, 13 września 2013

Grześ

Ci którzy znają mnie trochę lepiej wiedzą kim jest Grzegorz. Ci którzy znają mnie troszkę gorzej i o Grzegorzu nigdy nie słyszeli... cóż. Zazdroszczę wam.

Słowem wstępu; Grzegorz jest facetem na moje oko lekko po 40stce ale każdy z jego długich za ramiona włosów jest już siwy. Twarz ma raczej poczciwą, z oczami ciemnymi, a podbródkiem lekko cofniętą, co maskuje trącącym lekko myszką zarostem a'la Jezzy Dudek. Postury jest raczej słusznej. Okołu dwóch metrów wzrostu i statusiała postawa. Ramiona wąskie, brzuch dość spory o konsystencji na wpół pozbawionego powietrza balona. Nóżki i rączki nieproporcjonalnie chude.

Grzegorz jest jednostką wybitną. Godną podziwu. I nie dlatego, że nosi ze sobą 3 telefony komórkowe, a każdy ważący przynajmniej po 2 kilo, i mogący być narzędziem zbrodni bądź robót ziemnych. Jest po prostu dobrym - jak mi się wydaje - człowiekiem, mającym wiele zalet i wiele talentów.

Robi zdjęcia, tworzy muzykę, wychowuje dzieci, zajmuje się domem. To wszystko jest godne uznania i podziwu. I nawet moment w którym przychodzi on do pracy w koszuli w pionowe paski, z równomiernie na niej
rozmieszczonymi jakimiś frędzlami, które falują z każdym jego krokiem, a do tego z kowbojskim kapeluszem na głowie, w dżinsach i sandałach, nie powoduje u mnie agresji. Nie robi tego nawet jego codzienny rytuał wykładania 3 wspomnianych wcześniej cegieł na biurko, układaniem ich aby leżały symetrycznie względem siebie, po czym dołożenie do zestawu discmana (!) i odczekaniem kilkunastu sekund, w oczekiwaniu aż któryś z telefonów zadzwoni. I dzwoni, faktycznie. A on nigdy nie wie który, i zawsze dopiero 3 podniesiony z kolei aparat, okazuje się być tym dzwoniącym. A dzwoniącą osobą zawsze jest jego żona, która pyta czy dojechał spokojnie do pracy, co jest super urocze, zrozummy się, ale wtedy następuje to co sprawia, że coś we mnie pęka. Że zapadam się w sobie od głowy aż do brzucha. Że chce krzyczeć, chce wyć i wyskoczyć przez okno. Tylko że to tylko pierwsze piętro.

Grzegorz otwiera usta i zaczyna mówić.

Już sam tembr jego głosu powoduje u mnie frustracje, ale to słowa które wypowiada doprowadzają mnie do obłędu. Nie chodzi o jakieś konkretne słowa. To może być cokolwiek. Cokolwiek ten człowiek powie, brzmi dla mnie jak FARMAZON. Każda myśl, każde zdanie, trąci FARMAZONEM. Zupełnie jakby jego głównym talentem, spośród wielu które posiada, było FARMAZONIARSTWO.

Człowiek Farmazon. A ja muszę z nim pracować.

Nigdy nie jestem w stanie sensownie ustosunkować się do tego co mówi, bo piana która zaczyna się toczyć z moich ust w jego obecności nie tylko nie pozwala mi mówić ale jakby i trochę rzuca mi się na mózg. Nawet mój mózg przy nim dostaje piany.

- Michał może chcesz wody?
- Dzięki, mam swoją.
- Ale to jest specjalna woda.
To oczywiście była pułapka w którą zawsze daje się złapać. Chociaż mógłbym przecież się nie odzywać, nie odpowiadać, ignorować. Wyjść zwyczajnie na buca i niemilca którym nomen omen podobno i tak jestem.
- Jaka znowu specjalna?!?
- Woda endorfinowa.
- Co kurwa?! - pierwsza żyłka.
- Endorfinowa. Sprawi że będziesz szczęśliwy i zdrowy. Ładuje ją w domu endorfinami poprzez dźwięk.
- Że co proszę?! - druga żyłka.
- Opanowałem technikę nasycania wody endorfinami poprzez dźwięki. W swoim domowym studiu, w wygłuszonym pomieszczeniu, umieszczam butelkę z wodą - koniecznie otwartą! - i puszczam jej po prostu muzykę z głośników, najgłośniej jak się da.
- ...
- Właściwie nie muzykę tylko jeden lub dwa dźwięki o konkretnej częstotliwości i tonacji. Takie hmmmmmmmmmmm, hhhmmmmmmm...
- Przestań proszę... - czuje że zaraz zemdleje.
- HMmmmmmmmm...
On nie przestaje, a ja prostu wstaje i wychodzę. Ale jednak muszę po chwili wrócić bo tu pracuje i niespecjalnie mam inne wyjście.

A dzień w dzień jest to samo.

- A wiesz że nauczyłem się śpiewu tantrycznego?
- Błagam nie... - i od początku. Pierwsza żyłka.
- Banalne to jest! Chcesz to Cię nauczę.
- Błagam nie...
- Trzeba odpowiednio rozluźnić gardło, i dla wprawy poharkiwać jakby... hrrrrrr hhhhrrrrr, hrrrrr
- Przestań. - Druga żyłka.
- To naprawdę proste! Spróbuj! Hhhhrrrrrrr
On nie przestaje, a ja wstaje i wychodzę. Ale muszę wrócić bo nadal tu pracuje.

- Och świetnie się dzisiaj czuje!
- Ciesze się.
- Zacząłem ćwiczyć z rana. W końcu w zdrowym ciele...
Przerywam mu zanim dokończy i uzna to za zachętę do rzucania kolejnymi kasztaniarskimi powiedzonkami.
- Dobrze dla Ciebie.
- 30 minut codziennie rano i nim się obejrzę zaraz będę w formie sprzed roku.
- Mhm.
- A to była forma musisz wiedzieć! He he he
Nie chce wiedzieć. Ale Grzegorz idzie znieść jakiś towar dla klienta po czym wraca trzymając cię za plecy.
- Uh... no to siłownia na dzisiaj zaliczona he he he...
I tekst o siłowni na dzisiaj powtarzany jest codziennie, po kilkanaście razy, przy każdej okazji przy której musi choćby się schylić, nie mówiąc o jakiejkolwiek innej spalającej kalorie czynności.
- Ale coś mnie rwie w krzyżu. Na szczęście mam na to świetny napar z peruwiańskich ziół. Chcesz trochę?
- Nie dzięki.
- CZŁOWIEKU jakie po tym są jazdy he he he... lepsze to niż jakiekolwiek twarde narkotyki.
- Wierzę.
- A nawet miękkie. Powinieneś spróbować. ODLOT.
On wychodzi, więc ja nie muszę. Mogę zostać i poodychać.

Przykładów jest wiele, ale nie jestem w stanie zapamiętać tych wszystkich farmazonów które słyszę każdego dnia. Tych nieśmiesznych żarcików, tatusiowych porad i opowiastek o hippisowskich odlotach które ani mnie nie interesują ani nie bawią ani nic w ogóle.
Dziś mam wolne i siedzę w domu, ale nagle dzwoni mój telefon. Numer nieznany. Nie boje się - odbieram.
- Tak słucham?
- Cześć tu Grzegorz.
Pierwsza żyłka.
- Co jest?
- Aaaa już nic. Chciałem zapytać czemu Cię nie ma w pracy, ale już mi Magda powiedziała, że wziąłeś wolne! To baw się dobrze tylko nie przesadź! He he he

Jest dopiero 15, dzień wolny, a mi się już chce płakać.