niedziela, 24 listopada 2013

Polsat

Ja to nie zwykłem opowiadać o pewnych sprawach, o których opowiadanie, nawet pozbawione jakiegokolwiek nacechowania, brzmi zawsze jak przechwałki. Bo tu się nie ma czym chwalić specjalnie. Tym razem jednak opowiem. 

Zdarzyło się raz tak, że dzień był gorszy a noc młoda i trzeba było ją jakoś zagospodarować. U zioma, co to mieszka zaraz obok, niedaleko, właściwie to u mnie i razem mieszkamy, wolna chata. Moją gdzieś czy to wywiało, czy po prostu dostałem wolne, u niego sytuacja podobna, więc wyjścia były dwa. Pierwsze, młodzieńcze, wyjść na miasto, jechać ZTM, przeżywać podróż, upić pod nakrętkę, rozrzedzić, wlać w gardziel, nie dojechać do Centrum, bo za daleko i skończyć w ulubionej knajpie trzy przystanki od domu. Ale nie, bo to też i za daleko, i za dużo zachodu, a my już młodzi nie jesteśmy. Wybraliśmy więc opcję numer dwa, czyli najprostszą, najmilszą i zasadniczo niczego od nas niewymagającą. Jak wolne, to wolne. Akurat miałem kilka kropli z nowego źródełka i trzeba było je wypróbować. Postanowiliśmy więc zwyczajnie i po bożemu zostać w domu. 

No to tak zwany chill. Siadamy, nabijamy, jeden maszek, drugi, trzeci, nawet nie wiem kiedy zrobił się szósty albo i siódmy. W każdym razie siedzimy i czekamy. Przerzucamy kanały bezmyślnie, byle szybciej. Znaczy on przerzuca bo wiadomo, jego chata, pan na włościach i grupa trzymająca władzę. Zatrzymał się nagle i zostawił włączone pudło na Polsacie gdzie akurat dawali festiwal TOP TRENDY. Odłożył z namaszczeniem pilota i patrzy na mnie. A wyraz twarzy ma tak głupi i bezmyślny, że ja już wiem, nawet jeśli on jeszcze nie wie. Działa. Odwracam się, żeby nie widzieć tego jego wiercącego spojrzenia podszytego głupawym uśmieszkiem, które wprawia mnie ni to w zakłopotanie ni to w rozbawienie. Po chwili poczułem lekkie mrowienie pod kopułą i jak spojrzałem w ekran telewizora tak już zostałem. 

Resztę wieczoru spędziliśmy rozpływając się w zachwytach nad twórczością prezentowanych artystów, analizując nutki, przeżywając rytmy i powtarzając zasłyszane słowa, dostrzegając w nich nieskończoną głębię i wartość dodaną, sprawiającą, że nasze umysły,poprzez nić sztuki, łączą się w jakiś magiczny sposób z jaźnią artysty. Olśnieni i zauroczeni każdym prezentowanym dźwiękiem, każdą osobowością pokazywaną nam w ramach, jak się okazuje, najbardziej wartościowego artystycznie i duchowo festiwalu w Polsce a może i na świecie, z lekką tylko przerwą na reklamy, podczas których, chcąc uniknąć najgorszego, przestawiamy na VIVĘ i te same co wcześniej przeżycia towarzyszą nam przy klipie "Starships" Nicki Minaj. Jest grubo. Nie wiem kiedy nawet, ale nagle, gdy, ni stąd ni zowąd, zaczęło ze mnie powolutku schodzić, zastałem nas jakieś dwie godziny później, wpatrujących się od co najmniej czterdziestu minut w śpiącą rybkę na MiniMaxie i dość wartko i zawzięcie się nawzajem uciszających, aby przypadkiem owej rybki nie obudzić, bo tak słodko śpi. 

Morał z tego miał być taki, że dziś w radiu usłyszałem jedno z owych dzieł, przy którym naszym zachwytom nie było końca. Dzieło owe podczas słuchania którego, wydawało nam się, że nie tylko zrozumieliśmy artystę, przez co byliśmy w stanie go docenić, a nawet hołubić, ale zrozumieliśmy wręcz istotę melodii, poezji... no sztuki w ogóle. No więc: nie. Słyszę ten numer i słyszę też, jak, nawet trochę wbrew sobie, pada z mych ust nie tyle opinia wyrażona do osoby stojącej obok mnie, ale pretensja do garnków w kuchni, do tłuszczu na patelni, do przepalonej żarówki, do mięsa, że tak wolno się smaży. Pretensja do świata jako takiego. 

- Boże, co za gówno.

niedziela, 17 listopada 2013

Listopad

Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, wiadomo. Rzędy knajp, kiście barów, grona kawiarni. Jest gdzie się podziać. Labirynt "kultowych ulic" które stają się kultowe tak szybko, jak szybko w ich pierzejach upadają i powstają coraz to nowsze lokale, w których miło, bądź też niekoniecznie, można spędzić czas, zapominając o nim kompletnie.
Na jednej z takich ulic, w jednej z takich knajp, na chwilę pojawiam się ja. Pojawiam i trafiam na słowotok, wypływający z ust dziewczyny w konkretnym typie. Typie, który sugeruje, że jej towarzysz nie zadał sobie dość podstawowego pytania: "Czy ta dziewczyna naprawdę jest fascynująca, czy po prostu ma krótkie włosy?" Patrzą na nią wszyscy. Patrzą i słuchają. A ci, co nie patrzą, też słuchają, bo inaczej się nie da. Patrzy i słucha też ten, do którego mówi, choć wyraźnie wolałby jednak tylko patrzeć.
- Ja to się chyba uzależniłam od imprezowania. Wiesz, reset, relaks te sprawy. Wtedy od-po-czy-wam naprawdę. Ale już tak tydzień w tydzień, co tydzień, wiesz. Na nic innego przez resztę dni nie czekam. Chyba za bardzo wczuwałam się w bycie studentką. Ha ha ha. Ma-sa-kra. Ale już nie mogę wiesz? Jest środa, a ja już bym się zresetowała, odpoczęła, zrelaksowała. Wiesz. Stary, jest środa. Środa stary! Ma-sa-kra.
Stary. Jesień, stary. Jesień. Masakra.






poniedziałek, 11 listopada 2013

Złom

No więc, zdarzyło się tak, że moje nowe miejsce pracy ma dwie podstawowe zalety. Pierwsza z nich to okolica. Pofalowana, kręta, pełna zakamarków i zieleni oraz znajdująca się dziesięć minut spacerem od mojego domu. Druga to sąsiadujący z nią vis-a-vis skup złomu, umożliwiający mi poczynanie interesujących obserwacji w godzinach, minutkach właściwie, wolnych od pracy naturalnie.

Gdy wychodzi się z biura, po prawej, na lekkim wzniesieniu, znajduje się kościółek. Przed nim jednak leży
ulica, zawijająca niczym rwąca rzeka, znikająca zaraz za winklem. Ową ulicą szło dwóch mężczyzn. Szło i jęczało. Jęczało i klęło. Klęło i charczało. I to wszystko na raz, wierzcie mi. Flip i Flap, Abott i Costello oraz Sąsiedzi w jednym. Znaczy we dwóch. Idą tak, wydając te wszystkie onomatopeje i ślizgając się nieco w ogromie błota, które stanowi naturalne środowisko człekokształtnych o tej porze roku. Idą i toczą przed sobą całkiem nową wannę, a w wannie tej rower, obok roweru zaś talerz satelitarny. Nie byłoby w tym wszystkim absolutnie niczego, co mogłoby mnie zdumieć, ale, gdy owa kompania mnie mijała, dojrzałem zupełnym przypadkiem, że we wspomnianej wannie, gdzieś pomiędzy kołami roweru, śpi mężczyzna. Znaczy wydawało mi się, że śpi i taką też miałem nadzieję. Niezrażony więc, dla odmiany, sam podejmuje inicjatywę i rzucam, myśląc sobie, jaki jestem zabawny:

- Panowie! Tylko kolegi nie sprzedajcie!

W odpowiedzi na co owi dzielnie walczący o przetrwanie ludzie przystanęli, popatrzyli na mnie i z lekkim zdumieniem malującym się w miejscu, gdzie powinienem spodziewać się twarzy, a gdzie zastać mogłem jedynie plątaninę włosów, materiału, zębów i oczu, zapytali:

- Jakiego kolegi?!

I gdy ja pogrążyłem się w zamyśleniu, że może to nie jest zły pomysł, może to myśl doskonała, sposób jakiś, aby tych wszystkich kutasiarzy, co to z nimi czasem się napije, czasem pożartuje, a wiadomo, że każdy tylko czeka, żeby nóż w plecy, pod żebra czy w nerkę, żeby ich zniewolić, ogłuszyć, upić i potem zwyczajnie i po ludzku zezłomować. Niech przetrwa najsilniejszy! I planuje już, który pójdzie na pierwszy ogień, odmierzam, który wydaje mi się najcięższy, a więc i najwięcej wart i ile za niego dostanę, na co przepuszczę i dlaczego na używki, słyszę jak goście, o których już zapomniałem, a którzy odjęczeli kolejne kilka trudnych kroków pod górkę, mówią:

- Jaki to tam kolega! Sam wszystko wychlał! Kolega to by się podzielił. 





piątek, 1 listopada 2013

Rozpust

Sklep spożywczo-monopolowy o nazwie niezapamiętywanej. Emil, Darex, An-Pol czy PolGosiex. Smutna blaszana buda w kolorze obszczanym na środku gargantuicznej pustki osiedla z wielkiej płyty.

Późne popołudnie i półmrok zaszłego słońca, prześwitującego jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy blokami i chmurami. Stada wron krążą na niebie, kracząc zajadle, że koniec jest blisko a miłość nie istnieje. Ja wiem, czego mi trzeba.

W środku: Polska w miniaturze. Ogrom możliwości w ramach jednego wyboru. Niezliczona ilość kolorów, zabutelkowana w najróżniejszych rozmiarach. Wszelki (prima) sort na import i eksport. Do tego kilka suchych bułek na dnie plastikowej skrzyni i wyblakłe pudełko ptasiego mleczka na półce. No cześć. Nad wejściem czarno-biały telewizor z anteną, wychodzącą przez dziurę w suficie, nadaje kronikę, a w jej ramach niusa o tym, jak to towarzysz Stalin przekazał wyrazy ubolewania towarzyszowi Bierutowi, w związku czymś, czego nie dosłyszałem, bądź też nie chciałem dosłyszeć, ale czego konsekwencje odczuwamy zapewne po dziś dzień na każdym rogu i przy każdym kroku.

Za ladą Mirek. Albo Bogdan. Wypłowiały sweterek, klucze na szyi, czapeczka z daszkiem, okulary. Nim zdążyłem wyrazić swe życzenie, do sklepu wchodzi klient. Wypłowiały sweterek, skórzana kurtka, czapeczka z daszkiem, wąsy.

- Ten Pan poza kolejką! - oświadcza Mirek. Albo Bogdan. Czapeczkowi koledzy. Niech ich szlag.

Krótkie przywitanie i przechodzimy do konkretów. To, to i to. I jeszcze ćwiarteczka tego. Odliczenia w drugą stronę. Nie do renty, a od. Po jednym kolorku na każdy aspekt życia, dla jego ubarwienia. Plus coś dla klarowności widzenia, a także coś dla czystości sumienia. Do tego co nieco dla jasności osądu i gotowe. Siata pełna. Mirek ściąga jeszcze z szyi klucze i wrzuca do siatki z przygotowanymi dla klienta zakupami.

- Stara przyniosła. Żebyś tylko do domu trafił.
- Do domu to ja trafię. Gorzej z.

Śmiech, którym obaj wybuchli, najwyraźniej spowodowany był żartem, którego nie wyłapałem. Ale teraz moja kolej. Ja też przyszedłem po swoją dawkę szczęścia.

- Ptasie mleczko poproszę.

Wymowna cisza. Podejrzliwe spojrzenia. Znaczące uśmieszki pod wąsem. Prawdziwym i mentalnym.

- 15,50 poproszę.

Już wyjmuje portfel, ale mocne chrząknięcie i następujący po nim atak kaszlu wąsacza, który najwyraźniej nie opuścił sklepu, zapatrzywszy się w telewizor i lepsze czasy, sprawia, że zastygam na chwilę. W końcu jednak odliczam i płacę. Dziękuję ładnie i się zbieram. Na odchodne dobiega mnie miks zdziwienia i dezaprobaty;

- Jesu... tak marnować piniondze.


niedziela, 27 października 2013

Ginękologia

W ten piątek, jak zresztą w każdy piątek już od dłuższego czasu, spędziłem wieczór w doborowym towarzystwie płci pięknej w liczbie sztuk cztery. Trzech prawdziwych kocic i jednej takiej dwunożnej. Towarzyszył nam jeszcze telewizor. Impreza była suto zakrapiana czerwoną herbatą a szczyt sodomy i gomory nastąpił, gdy na stół wjechały domowej roboty placuszki. Dietetyczne.

Ale lata temu, dokładnie to będzie chyba pięć, a może siedem, w każdym razie na pewno nie osiem, to był taki jeden piątek podczas którego to całe wczorajsze zepsucie moralne i zniszczenie fizyczne, ta eskalacja nihilizmu i dekadencji, prześcignęła tamte dokonania co najwyżej o jedną długość.

Byliśmy wraz z dwójką mych kompanów, na imprezie jakiegoś znajomego któregoś z nich, nawet nie pamiętam. Tete-a-tete miało miejsce zaraz obok hotelu Bristol przy Krakowskim Przedmieściu. Blichtr, kultura i pozłacane widelczyki do ciasta, podanego na kryształowej paterze. Tylko że nie. Tak, wiem, skandal. Byłem zdegustowany, dławiłem się wręcz oburzeniem, gdy, bez opamiętania, napychałem sobie gębę ciasteczkami z marketu, biorąc je garściami z jednorazowych, kartonowych talerzyków. Obrzydliwość.

Prywatka była standardem w stylu późno młodzieżowym. Siaty piwa, butle wina, dużo cukru. Ktoś z kimś wymieniał ślinę w szafie, ktoś wyskoczył przez okno. Nic o czym warto by wspominać. A my byliśmy w nastroju raczej na wiekopomne chwile, do zapisania złotymi głoskami w naszych pamiętniczkach. Na imprezę lata, roku, wszech czasów. Byliśmy w nastroju na melanż ostateczny. Nie tego więc, jak sami rozumiecie, się spodziewaliśmy. Czarę goryczy, granicę cierpliwości naszej, przekroczył pełny pod nakrętkę jegomość, który, bez pardonu ni pukania, żadnego uszanowanka, wparował do okupowanej akurat w tym momencie przez kolegę mego, toalety, w której, szczęście w nieszczęściu, kolega ów akurat nie robił popularnej dwójki. Tylko temu zbiegowi okoliczności, obrzygane miał jedynie buty, a nie męskość jestestwa swego w całej krasie i okazałości.

Wściekli zabraliśmy to, co nasze i to, co akurat nam wpadło w ręcę i plecaki, po czym opuściliśmy imprezę w celu lepszej zabawy we własnym towarzystwie. Opcję były dwie:

Bezpieczniejsza, a więc przejście przez ulicę zgodne z przepisami o ruchu drogowym, w celu zameldowania się w znajdujących się po drugiej stronie "Przekąskach i zakąskach" i zakończenie tego wieczoru w sposób tyle ostateczny, co standardowy.

Opcja druga, skrajnie nieodpowiedzialna, głupia wręcz, była taka, aby pojechać do miejsca pracy jednego z nas, którym to miejscem była przychodnia ginekologiczna, a do której to przychodni akurat, przypadkiem miał on przy sobie klucze i tam też zakończyć wieczór w sposób tyle ostateczny co głupi i nieodpowiedzialny. To znaczy epicki.

Oszczędzę sobie dokładnego przedstawienia przebiegu naszej dysputy dotyczącej dokonywania wyboru, choć być może, dla zachowania pozorów, powinienem wspomnieć, że wraz z drugim z kolegów próbowaliśmy wyperswadować M., że "no nieee", że "gdzie tam! Na Bielaaaany... tak daleeeko..." i w ogóle to "idiotyczny pomysł, zastanów się w co ty chcesz nas wpakować" czy też bardziej dosadne "zupełnie zwariowałeś!" a także jakże przytomne "ten pomysł jest zupełnie bez sensu!". Powinienem, ale tego nie zrobię, ponieważ nie byłaby by to do końca prawda. Dla przybliżenia, powiedzmy, że nie w stu procentach. Mimo naszych obaw i dzielnego oporu, decyzja została jednak podjęta w sposób bynajmniej nie demokratyczny, totalitarny wręcz i, nim się obejrzałem, siedzieliśmy w taksówce wiozącej nas na drugi koniec miasta.

Na miejscu szybko się rozgościliśmy. Przebrani w lekarskie kitle z wykonanymi na potrzebę tej sytuacji przez nas samych imiennymi plakietkami, puściliśmy z głośników w poczekalni, na co dzień służących do informowania o tym, że doktor czeka, następna pani proszę i tym podobne, death metal. Bo co innego? Szybko też zaczęliśmy obdzwaniać przeróżne osoby płci niedowolonej, to znaczy bardzo konkretnej, a więc takiej, która na pewno bywała w tym przybytku częściej od nas, czyli w ogóle. Dzwoniliśmy i mówiliśmy, że jest impreza, przyjeżdżaj, nie nie sam, z kolegami, ale będzie super weź koleżanki, tak serio tam, nie nie robię sobie jaj, ale obiecać, że nie będzie robić badań, nie mogę.

Dużo czasu minęło zanim ktoś w końcu do nas dołączył, a że my się w czasie tego oczekiwania bawiliśmy wyśmienicie, to, gdy już nastał moment owego przybycia osoby oczekiwanej, byłem tak zmęczony, iż nie potrafię sobie nawet przypomnieć, jakiej płci nowo przybyła osoba była.

To, co pamiętam natomiast, to to, że gdy owa osoba przekroczyła próg gabinetu, w którym postanowiłem chwile odsapnąć, zastała mnie w chwili zamysłu, siedzącego za biurkiem, przygryzającego długopis, wciąż w kitlu i w pożyczonych od kolegi okularach. Nic nie trzeba było mówić. Widziałem to po oczach, że tutaj pomóc może tylko jedno. Sięgnąłem więc do biurka i wyjąłem z szuflady zeszycik z receptami. Najniewyraźniej jak tylko umiem zapisałem tam jedno słowo, nazwę najlepszego leku na wszelką dolegliwość jaki znam. Wręczyłem ją pacjentowi z wyrazem nieskończonej lekarskiej mądrości i wyrozumiałości dla ludzkiej słabości. Odprowadzając gościa do drzwi gabinetu wspomniałem tylko:

- Ale proszę pamiętać, aby jutro, zaraz po przebudzeniu przyjąć kolejną dawkę. Inaczej nie podziała, jak należy.


poniedziałek, 21 października 2013

дворец

Autobus warszawskiego MZA linii pośpiesznej przez śródmieście.

Podróżują nim poza mną dwie małoletnie divy, ćwiczące swoje wokalizy do słyszalnej jedynie dla siebie muzyki ze słuchawek, które wiążą je bardziej niż wspólne miesiączkowanie.

Są na wycieczce. Jestem tego absolutnie pewien, a poznaje po tym, że są zbyt radosne jak na ten poranek, ten autobus, to miasto, ten kraj. Tak zachowują się tylko ludzie, którzy są daleko od domu, nawet, jeśli ten dom jest jedynie w Żyrardowie i jeszcze nie wiedzą, że piwo tutaj nie jest smaczniejsze, ludzie ładniejsi, a życie lepsze.

W końcu, spośród porannej mgły wynurza się atrakcja główna stolicy. Obiekt niekończących się drwin i mniej lub bardziej trafnych żartów. Gorących debat i uczuć.

- Patrz. Pałac Kultury. - mówi z wyraźną blazą pierwsza. Znawczyni i globtrotterka, która nie raz już miała okazję cuda tego świata podziwiać. Beata Pawlikowska lat czternaście.

- Pałac? To czemu wygląda jak wieżowiec? - rezolutnie pyta druga.

- A, bo wiesz, to ruskie budowali.


środa, 16 października 2013

Techno

W jednej ze swoich byłych prac (a wykonywałem ich wiele, gdyż jako człowiek pozbawiony jakichkolwiek umiejętności czy talentów, imam się każdej pracy), miałem wątpliwą przyjemność pracowania w korpo. Nie było to jednak wielkie międzynarodowe korpo. Takie raczej trochę mniejsze. Takie nasze. Polskie.

Jak to w korpo, przynajmniej tak słyszałem od kolegów i koleżanek bardziej doświadczonych w korpo-pracach, ludzie z różnych działów kontaktują się w sposób tak ograniczony, jak to tylko możliwe. Starają się na siebie nie patrzeć, nie widywać w ogóle, pisać maile, a nie dzwonić, a najlepiej w ogóle się do siebie nie odzywać. Tak też było i w tym przypadku.

Jedyny dział, poza moim własnym, z którym tak naprawdę musiałem w ogóle mieć doczynienia, to naturalnie dział techniczny. W korpo mniejszych i większych działy tego typu to swego rodzaju autonomie w ramach ustroju federalnego. Nie podlegają nikomu poza kanclerzem, ale on i tak niespecjalnie ma ochotę się z nimi kontaktować. Jak zresztą i cała reszta. Trochę jak Szkocja w ramach Zjednoczonego Królestwa. Niby wszyscy wiedzą, że oni tam są, ale nikt specjalnie nie chce z nimi trzymać poza chwilami zagrożenia, kiedy to trzeba wykorzystać pierwsze koło ratunkowe w postaci telefonu do przyjaciela. Dział techniczny to też nomadzi korpo. Ludzie nie objęci dress-codem, bo i po co, skoro mało kto ich w ogóle widuje. Ludzie nie podlegający żadnej władzy, poza tą najwyższą. Ludzie niewidzialni i nieuchwytni. Kończący pracę w porach, kiedy są najbardziej potrzebni. W środę o 14, bo przecież "środa, to mały piątek". A "czwartek, to mała sobota".

Zawsze chciałem pracować w dziale technicznym, chociaż nie mam absolutnie żadnego pojęcia o tym, co oni tam właściwie robią. W najmniejszym jednak stopniu nie odróżniało mnie to od reszty ludzi tam pracujących.

Za każdym razem, kiedy coś mi nie działało - nie ważne co, po prostu coś - zwolniony z myślenia nad źródłem problemu, chwytałem za telefon i wybierałem numer wewnętrzny najprostszego rozwiązania. Po przedstawieniu sytuacji i dokładnym zreferowaniu w czym rzecz, musiałem wysłuchać kilku standardowych westchnień, po czym padało hasło klucz;

- Dziwne... u mnie działa.

Odpowiedź na wszystko. Rozwiązanie problemu bez jego dotknięcia. Absolutny, niczym nie zmącony geniusz.

I tak było za każdym razem. Gdy telefon nie był odbierany, a mail akurat działał, wysyłałem wiadomość. W odpowiedzi na nią otrzymywałem maila o treści:

- Dziwne... u mnie działa.

Gdy nuda brała górę nad lenistwem, a nerwy puszczały moim przełożonym, w wyniku czego, mimo niedziałającego czegokolwiek, trzeba było faktycznie wziąć się do pracy, a akurat udało się sprowadzić technicznego na miejsce nieświadomie wcześniej popełnionej przeze mnie zbrodni na moim narzędziu pracy, zwykle diagnoza nie była niczym szokującym;

- Dziwne... u mnie działa.

Widoczny, lecz nie namacalny, udział działu technicznego w rozwiązaniu problemu kończył się na tym jednym mrukliwym zdaniu. Ale na ogół, po jego wypowiedzeniu, odłożeniu słuchawki, czy zejściu z powrotem do piwnic - swojego królestwa flaneli, kabli i kurzu, robili coś, cokolwiek to było, co sprawiało, że problem znikał. Nigdy nie otrzymywałem wyjaśnień, co właściwie się stało, co problem spowodowało ani co zostało zrobione w celu owego problemu zlikwidowania, ale nigdy też właściwie się tym nie interesowałem. Ważne i smutne jednocześnie było to, że można wrócić do pracy.

Któregoś razu jednak sprawy poszły w nie do końca spodziewanym kierunku. Dzień jak co dzień, coś się popsuło. Tu nie było żadnego zaskoczenia, zrozummy się. Ale to był mój szczęśliwy dzień. Do działu technicznego dodzwoniłem się już za 26 razem i po treściwym i konkretnym przedstawieniu problemu usłyszałem ostateczną diagnozę:

- Dziwne... u mnie działa.

Problem jednak był najwyraźniej poważniejszy, gdyż po 5 minutach oddzwoniono do mnie i poproszono o wykorzystanie najskuteczniejszego znanego środka zaradczego. Środka, za którego stosowanie ci ludzie właściwie brali pieniądze.

- Czy możesz zrestartować komputer?

Polecenie wykonane. Na ogół pomagało, ale nie tym razem. Sprawa była poważna. Wystukałem więc ponownie odpowiedni numer telefonu, by poinformować, że tym razem się nie udało. Wysłuchałem kilku standardowych westchnień i pomrukiwań, które miały chyba oznaczać, że Pan się do mnie wybiera. Po okresie około trzech przerw na kawę, faktycznie się zjawił. Stanąłem obok i przyglądałem się cierpliwie. Postukał w klawiaturę, powiedział do siebie tajne hasło, zrestartował komputer trzy razy. Podrapał się po głowie i odwrócił do mnie;

- Faktycznie. Nie działa.

To był mój ostatni dzień w pracy.


niedziela, 13 października 2013

Semantyka

Semantyka, wiedza o najważniejszej z rzeczy - słowach, to zdecydowanie moja ulubiona dziedzina nauki.

Córka ontologii i matka etymologii, uczy nas faktycznego stanu rzeczy. Pozwala spojrzeć na nie z innej perspektywy, nauczyć na nowo, rozważyć różne warianty. Takie tam pierdoły.

Semantyka to nauka o słowach, a więc o ludziach. O życiu. I innych równie ważnych chujach-mujach.

Jest późno, a może wcześnie, trudno orzec. Niemniej ciemno, cicho i pustawo. Niedziela jeszcze na dobre się nie zaczęła, ale jakby widać ją już gołym okiem.

Potrzebujemy podwózki. Wymagamy jej wręcz i domagamy niczym Peja sprawiedliwości na swoich koncertach. Już my wiemy co z nią zrobić.

Jesteśmy dżentelmenami. Nie zostawiamy przyjaciół w potrzebie a tym bardziej przyjaciółek. Wiemy, że czekają. Wiemy, gdzie czekają. Podajemy współrzędne.

Taksówkarz, o oczach czerwonych jak wino, które wcześniej wypiliśmy, głosem typowym dla warszawskich taksówkarzy o godzinie 4 nad ranem, który to głos, tak naprawdę, nie różni się specjalnie od tych słyszanych o innych godzinach, zabawiał nas opowieściami których nie słuchaliśmy. "A gdzie to panowie o tej porze?" "A po co?" "A którędy?". Gdy na żadne ze swoich pytań nie otrzymał odpowiedzi, zapadła dłuższa, równie wyczerpująca jak pytania cisza.

Dojechaliśmy. Przyjaciółki czekały, a nasze dżentelmeństwo mogło się dopełnić. Wtem! Moja semantyczna fascynacja obudziła się wbrew całej reszcie. Czy w głosie naszego kierowcy pobrzmiewało powątpiewanie, czy też zachwyt - nie wiem. Nie wiedziałem tego wtedy, nie wiem tego teraz i coś mi mówi, że nigdy się nie dowiem. Wiem jednak, że nie byliśmy w stanie spojrzeć na nasze przyjaciółki w ten sam sposób.

- Patrz Pan! Jak stoją... KIEŁBASIARY.


niedziela, 6 października 2013

Fony fony

Siedzę więc sobie coś tam dziubie i dłubie i nagle dzwoni telefon. Rzecz zaskakująca, bo do mnie rzadko ktoś dzwoni. Chyba, że aby mi coś sprzedać. Wiadomo. Bo kto by tam chciał ze mną gadać tak za darmo. Ale telefon drynda i ja już widzę kto i widzę, że to z mojej byłej już pracy. I myślę sobie:

"O wy kurki niemyte nieoskrobane, do mnie na wolnym wyzwolonym czasie okresie dzwonić będziecie, spokój mącić, ciszę zakłócać, ducha trapić. Niewydarzone ludziki zza Wisły. Żerańskie pomioty. Zwalniacze przebrzydłe niewdzięczne wy. Takie i owakie i w ogóle."

Myślę tak sobie, ale telefon odbieram:

- Halo? Słucham?

I faktycznie, słucham. Nie o tym jak to beze mnie źle, strasznie, ciemność i chaos. Że promyku światła wróć w nasze życia, wietrze ukochany wiej znów w nasze żagle, odciąż od ogromu obowiązków i przywróć do łask swoich. Nie. Nic z tych rzeczy. Jedynie:

- Czy nie wiesz na ile powinna opiewać faktura dla X?

I zdaje sobie sprawę wtedy, że to jest jednak dobry dzień. Że to jest mój dzień. Dzień powrotu zza ciemnej strony zwolnienia, tryumfu nad zatrudnionymi, dzień zwykłej, przebrzydłej zemsty po prostu. Dostrzegam, że koło fortuny wybrało mnie, jednego z dziesięciu, odrzucając inne słabe ogniwa. Że teraz to ja mam przewagę, to ja dzierżę władzę. Mogę zrobić z nią co mi się żywnie podoba. Mogę odmówić pomocy. Być bucem. Fiutem. Być sobą.

- Tak. 700 złotych.

- Dzięki! Pa!

Tak naprawdę, to było 600 złotych.

Zło i niedobro.


wtorek, 1 października 2013

Tryptyk Stacyjny cz. III

Morze cierpienia w narodzie nieprzebrane. Ceny paliwa, niebezpiecznie zbliżając się do 5,8 za litr, raczej nie pomagają, a tankować trzeba. Wie to dwóch jegomościów kultury swetrowej, stojących (czy raczej "zajmujących" kolejkę) przy kasie na stacji benzynowej. Stoją se tak i rozsiewają zapach. Zapach, na który narody germańskie z pewnością miałby wielosylabowe słowo dokładnie definiujące jego odmianę i uwzględniające w nazwie tonacje. My na szczęście żyjemy w Polsce i mamy na to jedno, krótkie, ale jakże wymowne słowo: smród. Wonni obywatele raczą resztę kolejkowiczów rozmową. Właściwie nie jest to rozmowa, określenie to bowiem zakładałoby, że panowie komunikują się między sobą. Oni natomiast, komentując otaczającą ich w najbliższej odległości rzeczywistość, komunikują się ze światem - także tym dalszym. - Kólego! Kólego! - woła jeden do oddalonego od niego o dwóch kolejkowiczów, w tym mnie, obłego jegomościa - Pan kólega przesunie się trochę, bo panią zasłania! O! Od razu lepiej! Dzięki! Zadowoleni z poprawy warunków, pomlaskawszy i pogwizdawszy na współkolejkowiczke, dalej opisują co widzą. Ferię barw i kolorów, multum wyborów. Za komuny to nic nie było, teraz pełnia szczęścia, piwka takie dobre, panie takie ładne, kolejki takie krótkie. Kapitalizm w pełnej krasie dostarcza pełnej palety uciech i spełnia wszystkie możliwe zapotrzebowania. Sam. Oni muszą tylko tu być i przyjmować łaskawie dary. Nic więcej. To jest życie jak w Madrycie. Zbliżyli się do lady. Stałem zaraz za nimi ale mogło mnie tam nawet nie być, przecież i tak wiedziałem, jak to się dalej rozegra. - Panie kierowniku. Dwie ćwiarteczki najtańszej jaką Pan kierownik ma. To nie Madryt jeno Warszawa.